Opowieść o OnkoRejsie

Od kiedy zostałam ambasadorką OnkoRejs – Wybieram życie mówię wszystkim o tym, jak ważna jest profilaktyka i regularne badania… Chciałam pokazać innym, że to łatwe i proste… Napisałam kilka felietonów… Potem przyszły wyniki… Zaskoczenie… USG tarczycy wykazało już 5 zmian… guzków… Rosną w ciele… Po cichu… Bez żadnych oznak… Jeden ma już centymetr… Usłyszałam od lekarza: BIOPSJA KONIECZNA… Siedzę właśnie przed gabinetem… boję się… a jeżeli dowiem się, czegoś, co na zawsze zmieni moje życie? Myślę o mojej nowej rodzinie…onkorejsowej…Wspominam rejs życia na Zawiszy Czarnym, z którego właśnie powróciłam…odmieniona…

Onkorejs-Wybieram życie 23.05.2016

Wróciłam do domu… jestem szczęśliwa… Tzn. Powinnam być … bo… ukochana rodzinka, wytęskniona, wyściskana, własna łazienka, łóżko… ale… o co chodzi…?
Jakiś niepokój, nostalgia… czegoś jakby brak…? Niby super ale… nie do końca… Pomijam momenty, kiedy czuję jak całe ciało buja się i kiwa na boki. Dziwna sprawa. Stoję a jakbym czuła uderzenia fal rozbijających się o burtę i unoszących łupinkę statku w miarowym rytmie… Płynę…
Jakaś cząstka mnie już nigdy nie powróci do domu na lądzie…
Została tam, gdzieś daleko… pochłonięta przez bezmiar wody po horyzont…
Magda mówiła mi, że wszystko się zmieni…
Przez pierwsze dni marzyłam o tym, żeby stać się niewidzialną… Pierwsza doba zero snu… Może nikt mnie nie zauważy i pozwolą mi spać… Zdejmowałam szelki i z miłością patrzyłam na moją koję… wchodziłam do niej bokiem i tak skulona na boku zasypiałam. Nie zdążyłam przez cały rejs założyć prześcieradła… A co tam… wcisnę się w śpiwór i będzie ok. Mogę leżeć tylko na boku bo mało miejsca i przekręcenie się na drugi wymaga nie lada ekwilibrystyki…
Boże… nie zdjęłam rzeczy… i chyba nawet się nie umyłam ale Madzia mówiła, że to nic… że tak mają wszyscy… jeden dzień mnie nie zbawi… „Od tego się nie umiera” Tak mówiła… Chyba miała rację… Na pewno miała… W zasadzie w obecnym stanie i tak mam to gdzieś… Potem przyszła następna podstępna, desperacka myśl: „A może by tak zapłacić albo postawić jakiś rum czy co tam i ktoś się ze mną zamieni na wachtę… i pośpię jeszcze tą godzinkę więcej” Hi Hi… Chytry plan… Zasypiam.
Wydaje mi się, że ledwo zamknęłam oczy a ktoś budzi mnie z uśmiechem mówiąc: „Dzień dobry” …Wachta kambuzowa się krząta przy śniadaniu… Rozstawiają talerze, nucą pod nosem jakieś szanty… Widać zmęczenie… Ale o dziwo… uśmiechają się do siebie i do mnie, choć powinni mnie nienawidzić za to, że ja jeszcze spałam a ich śpiwory dawno wystygły… Ja bym chyba tak zrobiła… Spać……
Najgorsza wachta nawigacyjna od 4 rano do 8… Ledwo zamknęłam oczy zadzwonił budzik… 3.30…Znów wołanie… „Boże”!!! A może zegarek się spieszy…? Czy oficer wachtowy mówił o tej godzinie czasu „statkowego” czy o czasie miejscowym… Jest nadzieja bo ta różnica jednej godziny to cała wieczność w objęciach Morfeusza… Dostaję po głowie… Ktoś schodził a ściślej mówiąc sturlał się z koi nade mną… Czar prysł… Jednak czas wstawać… Asia z mojej wachty… Pełna energii… chodzące ADHD… Poczekam bo jeszcze i tak wróci kilka razy i powspina się na koje po coś, co zapomniała 😀 Na dole Lenka… spokojna, opanowana… zawsze zdąży pójść do łazienki, oporządzić się… umyć włoski z piękną czerwoną grzywą ogarnięte… jak ona to robi? Czeka… Ktoś ją ostatnio też podeptał …Znaczy… ja…?!!! Sorry!
Ciągle mam wrażenie, że jestem jakaś „Zamówiona nieodebrana” Cokolwiek by to nie znaczyło… No nie… do końca rejsu jakoś się ogarnę. Nie mogę znaleźć żadnych rzeczy… Kurcze… Zakładam na siebie polarowe, zimowe spodnie i pod nie getry, termiczną bieliznę… Mało… Zimno… Drugą, polarową koszulkę, golf, polar zapinany na zamek z kapturem, kurtkę „helikonową” pożyczoną od syna… od wiatru. Pod spód jeszcze małą kurteczkę, z puchu kaczego, cienką ale ciepłą(tak mi się wydawało ) Na wierzch sztormiak od deszczu… Zapomniałabym o istotnej sprawie… szelki bezpieczeństwa na wierzch… Zginać się już nie mogę ale to tak jak u wszystkich… „Sztywne Misie” Nie można zapomnieć o butach… te najpierw… 🙂 O matko… Toaleta… Przecież to złośliwość losu… im bardziej wmawiam sobie, że mi się nie chce, tym bardziej mi się chce… To jakiś obłęd… jak to zdjąć…? Magda ostrzegała… tylko nie spodnie na szelkach 🙂 Mogłoby to być zabawne, gdyby nie było okrutną zemstą losu za każdą wypitą szklankę pysznego kompotu na obiad…
Wachta nad ranem… Zaczynamy przestępować z nogi na nogę… Kto stoi za sterem jeszcze się skupia ale „na oku” nie ma szans… Głowa opada co chwila… Wzrok wpatrzony w dal… Rozum podpowiada, jak ważne jest obserwowanie wody i horyzontu… Odpowiedzialność za życie i bezpieczeństwo wszystkich, ciążące za każdym razem na tych dwóch osobach… Prawe i lewe „Oko”… Wpatrzeni w dal… Tęskniący za tym, aby ktoś podszedł i zapytał ”Zmienić Cię?”
Straszny ziąb… Moje rękawiczki nie zdążyły jeszcze wyschnąć od wody z wybieranych cum… Mokre i lodowate… Właśnie w tym momencie, kiedy masz ochotę wyć z zimna, które zawładnęło każda kostką w Twoim ciele… Zbawienny głos…!!! Głos „anioła” pojawiający się nie wiadomo skąd: „Może herbatki?” Za chwilę ktoś przynosi ciasteczka i gorącą kawę w termicznym, trofiejnym kubku… No przecież normalnie to się nie zdarza!!!! I wiem, że zdania nie zaczyna się od „No” ale teraz to bez znaczenia… To niesamowita rodzina… Mimo popuchniętych nóg i permanentnego zmęczenia, pilnowania czasu brania tabletek i strachu… odpowiedzialni i kompetentni mimo pozornego zagubienia…
Choroba morska…
Dwa pierwsze dni nie jadłam…
Na początku każde wejście do kambuza czy kubryku kojarzyło się z jednoznaczną reakcja organizmu… Paskudna przypadłość… Mdli i mdli… Poutykane w zakamarkach koi foliowe worki nie działają na psychikę ni cholery. Muszę wybiec na pokład… Natychmiast… Co mnie podkusiło, że kupiłam sobie gumowce z zamkiem… totalnie niepraktyczne… powinny na mnie czekać przed koją takie lane, w całości… Myk… wciskam tylko nogi i z głowy… A tu zamki!!! Idiotka… Przecież tego nie da się zapiąć bo musiałabym się schylić a to nie wróży nic dobrego… Mam nauczkę na przyszłość… Słyszę, że ktoś nie wytrzymał i dopadły go mdłości w kubryku… Biedak… Ja miałam jeszcze nadzieję, że zdążę… On ją właśnie porzucił… Pędzę po stromych schodkach na pokład… Na powietrze… Złapać świeży oddech i dobiec do burty… Oddychać… Noc… paskudnie zimno i wieje niemiłosiernie… Zimno przenikliwe i doskwierające… Nie zdążyłam się doubrać… Cienka koszulka… Ziąb… Zapomniałam o szelkach… A wcale nie!!! Nie zapomniałam… Wszystko mi jedno… będę się trzymać lifelinek… trudno… Powietrze… Ciemność… Księżyc oświetla rządek podkulonych osób, zgiętych wpół, cierpiących… Jak ja… „Czy mam o tym potem opowiadać czy wyprzeć się?”- przemknęło mi przez myśl. Kretynka. Kogo to obchodzi… Moją twarz omiatają fale… Toń… Nie boję się… choć zawsze bałam się wody… Pływam tylko do tego miejsca, gdzie czuję grunt pod nogami… Później się topię… Jak kamień w wodę…
Granat i czerń… Głębia i rządek osób… Potargane włosy, zrzucone kaptury… Widać, że choroba dopadła znienacka… Uff… Poczułam ulgę… Może mi się już teraz poprawi…? Mój wzrok spotyka się z nieprzytomnym wzrokiem sąsiadki… tej z lewej… Ta z prawej chyba długo nie podniesie głowy znad burty… Czy one do tego nie przywykły? Każdy myśli, że to dla nich norma… Mdłości… Onkologiczne laski powinny to wiedzieć najlepiej. Ale jak tu do tego przywyknąć… Nie da się… Okropne uczucie…
Ziąb przeszywa… Nagle słyszę kobiecy głos… „Może Ci przynieść kisielek albo miętę?” . Przesłyszało mi się czy jak? O matko, mam nawet wybór 🙂 Anioł nie kobieta. Gdybym była facetem nie zastanawiałbym się ani minuty. Oświadczyny murowane 🙂 🙂 🙂 Za chwile inna osoba podsuwa mi chusteczki… niemal wyciera twarz… Co za niesamowici ludzie. Czytałam ich historie… to niemożliwe, żeby byli chorzy… tyle energii, zapału, niezmordowani i ciągle uśmiechnięci… A może ktoś mnie wkręca z tą ich chorobą?
Rejony… Sprzątamy… Mnie przypadło odkurzanie… Super sprawa… Szczotka nie bardzo chwyta… trzeba będzie samą rurą… na kolanach… Najgorsze są strome schody ze stopniami tak wąskimi, że stopę trzeba stawiać bokiem… Bosman grzecznie pomaga przenieść ciężki, chyba przemysłowy odkurzacz… Jacy wszyscy mili… Uśmiechnięci… Przyjemnie pracować… Z rozpędu chciałam „oblecieć” wszystko ale usłyszałam, że mój rejon jest tylko do progu kabiny nawigacyjnej… dalej mi nie wolno… No nic… chciałam dobrze 🙂 Wszyscy uwijają się jak mrówki… Najgorszą robotę mają Ci od toalet… nie zazdroszczę… Stosy zużytego papieru toaletowego, który z oczywistych przyczyn nie może trafiać do muszli tylko do kosza… Innym razem ze szmatą i wyliczoną pastą szoruję bulaje… Zaskoczona jestem, że potrafią tak się błyszczeć … trzeba się jednak natrudzić bo czarny nalot łatwo nie schodzi… Warto jednak powalczyć…satysfakcja ogromna… Pozazdrościłam trochę drugiej wachcie bo im w udziale przypadła odnowa dzwonu a to dużo większe wyzwanie… Bosman przegląda się w wyglansowanych mosiądzach i z zadowoleniem przyjmuje wykonaną robotę… Zasłużyliśmy na krótki sen… To znaczy Ci, którzy nie mają wachty kambuzowej… O kurcze… To my… Pod czujnym okiem Pani Ewy, która karmi nas jakbyśmy byli na wczasach „All inclusive”.
No tak… Dziś mamy wachtę kambuzową… Wstydzę się ale zmuszona, delikatnie mówiąc, przez szefową Madzię, która niestety wstydziła się jeszcze bardziej ode mnie, zaglądam do mesy. Siedzą wszyscy. Pani kapitan uśmiecha się… Usłużnie pytam „Co jeszcze podać?” Usłyszałam „Kebab i lody waniliowe z polewa czekoladową” Ale śmieszne… 🙂 Nie sprostam niestety… nadrobię sprzątaniem … Mam nadzieję 🙂
Kolejny dzień… Kłajpeda…
Spotkania… kawka… sękacz… rozmowy… Zwiedzanie Ośrodka Pomocy Osobom Ze Schorzeniami Onkologicznymi… Franciszkanie… Cudowni, pozytywni ludzie… Wymiana doświadczeń… znów rozmowy…
Zaśpiewaliśmy nasz onkorejsowy hymn… W przepięknym kościele… Niósł się echem i rozbrzmiewał głosami wielu uduchowionych osób… Wierzących i niewierzących… Zjednoczonych w walce z chorobą i słabościami… W walce o siebie… swoje szczęście i… życie…
Powrót…
Jak można zabłądzić w porcie przeładunkowym i przejść obok własnego statku nie zauważając go…Przejść… 17 km…!!! Mało tego… przejść tak pewnym krokiem obok, że wachta trapowa nie zwróciła na to uwagi 🙂 A my zamiast w prawo, patrzyłyśmy na nabrzeże… niestety… w… lewo!!! Ładny spacerek 🙂 Wszystko byłoby super, gdyby nie to, ze ciemna noc a nikt nas nie zapytał… nie zatrzymał… Biegłyśmy, trzymając się za ręce i wznosząc wszelkie dostępne modły o ocalenie… Nad nami potężne łyżki przerzucały towary z wagonów na statek i na odwrót… Nad głowami przepływały nam potężne kontenery i ładunki. Panowie w maskach na twarzy rozrzucali saletrę i inne chemikalia patrząc na nasza trójkę(ja, Madzia i Asia) obojętnie i beznamiętnie, jakby takich gości przyjmowali codziennie tzn. conocnie 🙂 Jeden zapytany mówił „Cziesnoje słowo… Zawisze ja uwidzieł zdzieś…” i pokazywał prawo… Drugi zupełnie na odwrót… zarzekając się, ze tam był i jest o tym przekonany… Od tej pory „Cziesnoje słowo” ma dla nas enigmatyczne zgoła znaczenie Skorzystałyśmy nawet z przypadkowej podwózki. Niestety nie do końca to było mądre… Nasza desperacja osiągnęła widocznie maksimum… Trafiłyśmy w końcu niemal całując trap jachtu z nieskrywaną radością… Sine od wzajemnego ściskania dłoni palce długo będą nam przypominać szaloną eskapadę…
Nareszcie stawiamy żagle!!!
To coś niewyobrażalnie pięknego co wzmacnia i napawa takim optymizmem, że nie jesteśmy w stanie nazwać tego słowami… Pierwszy raz okropny chaos… każdy próbuje sobie przypomnieć to, czego się uczył z PDF-ów i podręczników… Szkolenie odbyte ale jak to było…? „Wzrok tęskniący za rozumem” i „Przerwa w obwodzie” to najczęstsze skojarzenia… Czy my coś w ogóle pamiętamy…? Komendy ”Wybieraj „ i „Luzuj”… Kurcze… jak to było? Myśl… przecież to umiałaś… .
Drugi raz każdy ustawia się (o dziwo) już na swoim wyznaczonym miejscu… uważamy aby nie włożyć nogi w stosy pętli z lin, które za chwile zaknagujemy i zbuchtujemy… wyczuwa się napięcie ale nikt nic nie mówi i nie narzeka… Jeden organizm… odruch bezwarunkowy niczym odruch „Pawłowa” …Wypracowany ale nie sztuczny… Żagle idą w górę i wyczuwa się tę niemal namacalną patetykę i podniosłość chwili… Każdy patrzy z zapartym tchem na łopoczące skrzydła, niosące nas ku bezkresnym lądom… Taki banał, że prawie mdli… ale…. wszyscy zastygają, kontemplując te chwilę…
Port…
Alarm manewrowy… Cumy i szpringi… Rzutki… Pokochaliśmy to, choć to chyba najbardziej wyczerpująca robota z możliwych na Zawiasie… Kiedy, przy wypłynięciu wybierałyśmy cumy we trzy babeczki, stało się to dla nas takie symboliczne… Potem, za każdym razem ktoś dochodził, pomagał… ciągnął i luzował… Nikt nie prosił, nie krzyczał ,nie zachęcał… każdy wiedział, co ma robić… Jeden, niesamowity organizm! Niezmordowany, dzielny, wytrwały, romantyczny ale nigdy nie słaby!
17.05…moje urodziny…
Pamiętam, bo miałam wachtę trapową od 12 w nocy z Magdą… Kochany Piotruś… zamienił się z nią… Przejął późniejszą godzinę… Potem dopiero dowiedziałam się, że ten dzień był cały… ukartowany 🙂
Znalazłam obok steru buteleczkę piwa od Madzi, z pięknym „ szampanowym” korkiem, którą „rozpieczętowałyśmy ‘’ urodzinowo i ostentacyjnie zaraz po służbie, tzn. po wachcie 🙂
Dzień był niesamowity 🙂
Kochana wachta kambuzowa 🙂 Piękne kelnerki z lśniąco – białymi kokardkami na głowie i kelner z białą przewieszką na ramieniu serwowali dania w kubryku… No dobra,trochę przesadziłam, bo chusteczki do nosa były po prostu białe ale dla mnie lśniły w słońcu niczym śnieg na stoku 🙂 Urodzinowo… Białe gumowane obrusy… Wszyscy śpiewali „Sto lat”… Tort ze świeczką, zrobiony z ciastek z nutellą i gumisiowych żelek… Życzenia, uściski… Popłakałam się …Moi kochani 🙂
Zanim jednak wysłuchałam życzeń do końca wybiegłam na powietrze, walcząc z nadchodzącą kolejną falą mdłości… Kurczę… nie teraz!!! Oddychaj! Dobra… opanowane… Na razie… Znów ktoś przyniósł kisielek 🙂 Niezawodni…!!! Kochani! Czytają w myślach czy jak?
Pozostały prezenty… Czapka z napisem „Zawisza Czarny”, którą sprezentował mi z-ca kapitana Mari… Piękna i praktyczna. Nie ściągałam jej już z głowy… Z sentymentu, i z powodu miękkiego polarku, grzejącego głowę na wachcie w chłodne noce.
Kolczyki bosmanki, od załogi stałej. Ściślej mówiąc od chiefa zwanego pieszczotliwie Muchą. Od razu je założyłam… Niebieski i czerwony… Super 🙂 Dostałam dyspense bo regulamin słusznie zakazuje noszenia „dyndających ozdób” a ściślej chyba wszelkich błyskotek… Niestety… Mam jednak urodziny… Mogę się nimi nacieszyć…Nikt mi nic nie powie 🙂
Dzisiaj pozwolono mi skorzystać z prysznica w części załogi stałej!!! Hurraa! Mogę to zrobić dopiero po nocnej wachcie, bo nie chcę nikomu podpaść… Sen mój zatem skróci się o jakąś godzinę ale perspektywa umycia wreszcie włosów pod ciągłym i nie zanikającym co 5 sekund strumieniem wody była tak kusząca, że pal licho… odeśpię… na wachcie… Haha…Żart oczywiście
Noc. Zasypiam. Jak miło… Ktoś budzi mnie szarpaniem za rękę: „Wstawaj. Już czas’’O matko. Czy to już następna wachta? Czy oni zwariowali czy robią to złośliwie… A może czas przelatuje mi przez palce? Nie zapalam światła. Siniaki na nogach wkalkulowane od ciągłego obijania się o ciężkie żelazne taborety. Ubieram się wypowiadając pod nosem niecenzuralne słowa. Znów te głupie gumowce. Mam gdzieś. Zakładam coś innego. Chyba namacam… Dlaczego taka cisza? Nikt nie wstaje? Idę na górę znów międląc w ustach wiązankę. Cisza. Kontem oka widzę Asię… a raczej poznaję po specyficznych, mega energetycznych ruchach. Niemal przebiega obok mnie. Skąd ona ma tyle poweru? Jestem zła. Niewyspanie daje w kość. O co chodzi? Pochodziłam po pokładzie. Ściślej poszwędałam się powłócząc nogami. Wachta druga stała na posterunku patrząc na mnie z niedowierzaniem. Nie potrzebują jeszcze zmiany… Pewnie marzą o tym, żeby pójść spać ale nikt się nie przyzna… Twardziele. Chrzanię. Idę spać… Koja wzywa… Nie… Koja wrzeszczy i błaga „Wróć do mnie” Uległam… Spać…
Rano, przy śniadaniu okazało się, że to Benek pomylił się w nocy i obudził mnie, zamiast Asi z mojej wachty. Koniecznie chciała oglądać Księżyc… Niestety były chmury i nie uświadczyli nocnych widoczków!! Zemsta za moje niewyspanie 🙂 🙂 :)Następnej nocy sama doświadczyłam tej cudownej, upragnionej wizji i zrozumiałam, dlaczego czasem warto zarwać noc… Gwiazdy i księżyc były bajkowe i niesamowite… Kiczowate do bólu… Żałowałam wręcz, że poprzedniej nocy chmury były bardziej złośliwe ode mnie.
Dzisiejsza wachta była dosyć… jakby to powiedzieć… szczególna. Środek nocy… Z-ca kapitana, Mari, zgodził się zastąpić Madzię. Słaniała się już na nogach. Na następny dzień, w chwale i błyskach fleszy mieliśmy zawinąć do macierzystego portu, poszła więc spać. Śmiałyśmy się, że musi podreperować swoją urodę, nadszarpniętą przez morską bryzę 🙂 🙂 :)Ja zostałam… Na początku wachty zaczęły się małe problemy. Usłyszeliśmy skargi od „pensjonariuszy” Zawiszy, o tzw. dyskomforcie w toaletach… !!! Znaczy się, żeby było jasne… przyklejono karteczki ”Nie siusiać i takie tam” i tyle… No i się zaczęło… Zatkana toaleta doskwiera wszystkim bo to niestety jeden obieg i nie da się skorzystać z innej… Jak na złość wszyscy się czegoś chyba opili, łącznie ze mną… Łańcuszek oczekujących robił się coraz dłuższy. Nie było wyjścia. Marii spojrzał na mnie z przekąsem i powiedział: „No gwiazda… wchodzisz ze mną czy zostajesz? Bo to niestety g…niana robota’’ Jasne, że wchodzę… Nie wymiękam… To moja wachta… Weszliśmy do sekretnego pomieszczenia wstrzymując oddech… Czerwona lampka już od progu sygnalizowała problem… Wzrost ciśnienia czy coś tam… Nie wiem ale po minie Mario wiedziałam, że dobrze nie jest. No cóż… czekała nas ręczna robota… Za pomocą kombinerek i śrubokręta uporaliśmy się z „zatorem” 😀 Tzn. Marii się uporał a ja mu asystowałam dzielnie 😀 Śmieję się, że uratowaliśmy statek! Kolejne doświadczenie… Byłam z siebie dumna. Osobiście pozrywałam karteczki z drzwi toalet i ostentacyjnie wepchnęłam się do jednej z nich bez kolejki 🙂 Zasłużyłam 🙂

Bocianie gniazdo!!!
Dokonałam tego… Czy ktoś to może widział? Jeśli mi się to wydawało albo przyśniło? Zamontowali mi na głowie kamerkę… Mam nadzieję, że się nie zacięła… Tak bardzo tego pragnęłam… Stanąć na szczycie masztu i spojrzeć z góry na bezkresne morze… Pokonać słabości i lęki… Bałam się bardzo ale nie mogłam się poddać… Pomyślałam o tych wszystkich wspaniałych ludziach, którzy zostali na dole… na pokładzie… Kibicowali mi. Wpatrzeni w mały punkcik mojej osoby… Tomek też wszedł… i Piotrek… Asia… Nie wpinałam się asekuracyjnie… tylko na początku i na samym końcu… łatwiej… Nie trzeba się przepinać z liny na linę… W górę… Na szczyt… Linki umykają spod nóg… Luźne… nie jest łatwo… Nie patrz w dół… Ostrzegali… Spojrzałam… Super… Na pewno nie mam lęku przestrzeni… Jakoś równoważy to moją morską przypadłość… Mam nadzieję. Powiem więcej, jest to bardzo ekscytujące… Dalej w górę… Wreszcie szczyt… Widok zapiera dech w piersiach… Stoisz na jednym małym szczebelku jakbyś po prostu wisiał w powietrzu… Szczęście w oczach i strach zarazem, trzęsące się nogi i zakwasy… Zwycięstwo!!! Moje małe… zwycięstwo!!! Słyszę brawa rozlegające się z dołu… Pewnie są ze mnie dumni… Ja też, nie ukrywam… W środku czuję radość nie do opisania… ale… Patrzę w dół… Jak to się ma do ich codziennych zwycięstw… dużych wojen i małych bitew… z rakiem i chorobami… oczekiwaniem na kolejną biopsję, badanie czy wizytę kontrolną… Na zawiadomienie o „Być albo nie być”. Na wyrok, który nie jest akceptowany… Na wyrok, który nie jest wyrokiem a bezustanną walką o życie, godność, szczęście… Czym się różni człowiek chory od zdrowego? Tym, że bardziej kocha życie? Tym, że każda minuta może być ostatnią , i że czerpie z niej garściami całe 60 a nie tak jak my, zdrowi, 10 albo 20 sekund…Reszta przelatuje nam przez palce… Przecieka po prostu…Bez sensu… Bezmyślna strata czasu… strata życia, które mamy tylko jedno…
Bałam się tego rejsu… Byłam przygotowana na długie rozmowy o bólu, chorobie, walce i ogromnym cierpieniu ale nikt się nie skarżył… Nikt nie wspomniał o tym słowem… ani razu… Kogo ja chciałam pocieszać???
Uśmiech i pozytywne myślenie…
Ciągle powtarzane jak mantra „Rak to nie wyrok… To choroba przewlekła…” Ale… cała ta moja nowa rodzina tu, na Zawiszy, to jeden, niesamowity zdrowy organizm, który wspiera się, walczy, marzy, realizuje swoje cele, nie poddaje się, żyje pełnią życia, nie zrzędzi, nie narzeka… Ma chwile słabości ale zaraz potem znów marzy i walczy!!! Jak dobrze, że ich mam… Nie będę już narzekać na kolejki w urzędach czy wczorajsze pieczywo… Żyję pełnią życia i cokolwiek mnie spotka, sztorm czy flauta będę walczyć i nie poddam się… Howk I jeszcze jedno… znów pójdę się zbadać… za jakiś czas… I Wam też to radzę